porno porno porno izle sex izle

Karol MaliszewskiCzytanie pojedyncze i zbiorowe

Na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych doszło do wydarzeń, które wytrąciły mnie z orbity lokalnego, klubowego życia literackiego i rzuciły w stronę ogólnopolskiego. Od tego momentu kwestia czytania pojedynczego, prywatnego nakładającego się na czytanie pokoleniowe czy zbiorowe stała się dla mnie kwestią palącą. Jednak koniecznie muszę zacząć od dygresji. My, dwudziestolatkowie dojrzewający do debiutu w latach osiemdziesiątych, na różne sposoby szukaliśmy swojej drogi. Byli tacy, którzy bez obrzydzenia debiutowali w pierwszym obiegu. Oczywiście, zdarzały się również heroiczne debiuty w drugim. Uważa się powszechnie, że specyficzną wylęgarnią talentów tego pokolenia był obieg trzeci, który kojarzyć można z nieobliczalną i wolną ekspresją ujawnianą w rozmaitych gazetkach wydawanych własnym sumptem, w tak zwanych art-zinach. Debiutować z boku, gdzieś poza oficjalnym układami – to było zawołanie bliskie mi i kolegom. Nie chciałbym mnożyć bytów bez potrzeby, lecz wyraźnie widzę coś w rodzaju czwartego obiegu – Polskę klubów i kół literackich różnej maści (Łobez, Kłodzko, Cieszyn, Zduńska Wola, Pabianice, Grudziądz itd.). O sobie i niektórych rówieśnikach mógłbym napisać drobny szkic pt. My z czwartego obiegu. Nieprawdą jest, że taki ruch ma wymiar tylko amatorski, że nie ocierają się oń ludzie nadający potem ton w literaturze i wyznaczający dalsze kierunki jej rozwoju.

W Kłodzku lat osiemdziesiątych działo się dużo. Pamiętam wieczory autorskie, dyskusje, wystawy, imprezy, pamiętam debiutanckie tomiki Krzyśka Śliwki, Mirka Drabczyka, Adama Poprawy i innych; niewiele brakowało, żeby krążący po klubie maszynopis tomu Jacka Podsiadły ujrzał światło dzienne. Podsumowująca kłodzki ferment artystyczny lat osiemdziesiątych antologia Chwila przed wierszem zebrała wszystkie rozproszone głosy. Na wstępie umieszczono wiersz żywej legendy tego środowiska, świetnej, młodo zmarłej poetki, Anny Zelenay. Następnym w kolejności był mój wiersz U nas poezji nie prowadzą. Śliwka w swoim krótkim liryku mówił, że „Prawda jest// tylko my chowamy się po bramach”, a Podsiadło oświadczał: „Co wieczór/ kryjąc twarz/ pod kapturem lingwistyki/ układałem twą główkę/ na wolnym lub sylabotonicznym pniaku”. Najważniejsza stała się dla mnie przedmowa do tej antologii, autorstwa poety i filozofa z Międzygórza pod Śnieżnikiem, Michała Fostowicza. Nadała ona ton moim własnym poszukiwaniom, bo obok pisania wierszy zaczęło mnie wtedy pasjonować rozmyślanie o wierszu – w jaki sposób jest i w jaki sposób go nie ma, biorąc pod uwagę jego ulotność i niestałość. I dalsze pytania… Jak go czytam ja sam, jak staje się dla mnie, a jak istnieje dla innych? I czy w ogóle jest szansa na porozumienie w sprawie specyfiki bycia i odbioru wiersza? Pisał Fostowicz:

 

Szczególne napięcie towarzyszące powstawaniu wiersza rozciąga się na jego otoczenie, na białą kartkę, na dykcję recytatora, strony tomików. „Poeta wypowiada świętość” – mówi filozof. Czym jednak jest ta świętość wypowiadana powoli i jakby z nadmierną powagą, zapisywana w krótkich, przeważnie, linijkach? Może jest całkiem zwyczajna? Czym jest chwila poprzedzająca słowo? Odpowiedzi mogą być różne, ale żadna nie będzie jasna. W poszukiwaniu języka poza wiedzą i świadomością przedmiotowego świata nieuchronnie traci się pewność. Czekając na słowo, nie możemy wiedzieć, jakie ono będzie. Stan poetycki to porzucenie łatwych określeń, upatrzonego sensu i obrazu świata, to wypowiadanie jakby w ciemno, mówienie i zapytywanie jednocześnie, zapytywanie, ale kogóż jak nie samego siebie, własnego echa: czy możliwe jest właśnie to słowo?

 

Gdy wybrzmiewały te słowa Michała Fostowicza, ja wysyłałem wiersze do różnych redakcji i na poetyckie konkursy, wciąż głodny samodoskonalenia się i pogłębiania samoświadomości. W tych ramach mieścił się również lokalny gest twórczy polegający na założeniu przy bibliotece Noworudzkiego Klubu Literackiego „Ogma”, gdzie co tydzień odbywało się czytanie pojedyncze i zbiorowe, gdzie dojrzewałem razem z młodymi ludźmi z różnych szkół. Najbardziej aktywni pochodzili z Technikum Górniczego. Zdarzało się nieraz, że przypominałem im dalsze słowa Fostowicza z przywoływanej antologii:

 

Uniknąłem trudności, pozwalając tekstom, by nieskrępowane wybrały się same i ustaliły swoje sąsiedztwa. Wiersz wybierający się sam pochodzi z naturalnego obszaru poetyckiej czujności. Dokonuje się, można by rzec, „przed wierszem”, który się w nim zawiązuje. Jest więc ta antologia poszukiwaniem samoświadomości w poezji. I możemy powiedzieć, że taka właśnie przejrzysta introspekcja to największa powaga, na jaką możemy się zdobyć w swoim rozproszonym istnieniu, w swoim rozrzedzonym i niejasnym czasie. To ta chwila. Wprawdzie sytuacja nie jest jeszcze idealna, ale w taki sposób krąg kłodzki aspiruje do rangi poetyckiego Stanu.

 

Wymyślone przez nas Spotkania Zaprzyjaźnionych Poetów Dolnośląskich przeistoczyły się w Noworudzkie Spotkania z Poezją. Któregoś roku pojawili się na nich debiutanci z Poznania, Mariusz Grzebalski i Dariusz Sośnicki. To im zawdzięczam kontakt z ogólnopolskim życiem literackim, a potem udział w pokoleniowym czytaniu pojedynczym i zbiorowym. A było to tak. Cytuję fragment książki Po debiucie:

 

Pytasz o moment, w którym ta historia zaczyna mnie obchodzić, gdy wydobywam się z lokalnego światka literackich klubów na szersze wody i z „Radarowej” nieokreśloności idę w stronę czegoś bardziej zdecydowanego. Idę? O, nie. Raczej coś mnie popycha, porusza moimi nogami, niesie. Jestem niesiony. W życiu literackim ta nasza przygodność, to łobuzerskie dmuchanie sprzecznych wiatrów na stateczek losu, jest najbardziej widoczne. Możesz spodziewać się wszystkiego. Przede wszystkim szykuj się na zapomnienie, wykluczenie, opuszczenie. Każdy inny wariant przyjmuj z niedowierzaniem.

Nawet nie pamiętam, jak nawiązuje się intensywny kontakt z ludźmi o dziesięć lat młodszymi, sprawniejszymi organizacyjnie, bardziej przebojowymi, a przede wszystkim wiedzącymi, czego chcą od literatury i swych niewątpliwych talentów. Pierwsze listy z i do Poznania. Rozpoznawanie wspólnej przestrzeni znaczeń, w której Babiński, Jaskuła, Wojaczek, Świetlicki, Berryman, Różewicz. „Już Jest Jutro” otwiera swoje łamy dla trzydziestotrzylatka z zadupia. Jak wielu z mojego pokolenia debiutuję ponownie, w innej już skali, w innej rzeczywistości, z poczuciem przyspieszonego oddechu historii literatury, debiutuję z młodszymi. Zaproszenie do antologii 11 potwierdza ten fakt i nagle z rozdziawioną gębą staję obok Mariusza Grzebalskiego, Dariusza Sośnickiego, Piotra Kępińskiego, Szymona Kantorskiego, Jewhena Michnowskiego i jeszcze innych. Potem czytam tekst Piotra Śliwińskiego, poważny, głęboki, opublikowaną w „Arkuszu” recenzję z tej antologii, i zaczynam coś rozumieć z przemiany. Jest rok 1993.

 

Trawię słowa Śliwińskiego „teraz zacząć pisać wiersze to po prostu tak, jakby zasiąść w oślej ławce, którą społeczeństwo rezerwuje dla nieprzystosowanych nieudaczników” i zaczynam współpracę z „Nowym Nurtem” jako krytyk, czyli nieudacznik piszący o innych nieudacznikach. Wtedy tak naprawdę zaczynam rozumieć, czym jest pisanie o wierszach i tomikach, jaki to rodzaj mediacji między własnym mniemaniem i przeczuciem a oczekiwaniami redakcji. Moje czytanie osobiste staje w obliczu oceny przyjmujących efekty tego czytania do druku. Porozumienie wydaje się zupełne. Mam wolną rękę. Grzebalski i Sośnicki niczego mi nie narzucają. Czuję jednak, że coś jest nie tak, gdy piszę krytycznie o Tkaczyszynie-Dyckim. Padają zdania typu „bo to, co w tych wierszach jest tak swoiste i własne, a słabo komunikujące się ze mną, inaczej przeżywającym, po bliższym przyjrzeniu się, traci na ważności, wielkości, świeżości. Zagadane, zaślinione, głęboko zagrzebane w drażniącej manierze”. Czytanie zbiorowe tych wierszy jest jednak inne, pochwalne, wręcz entuzjastyczne. Autor staje się idolem tego pokolenia, ulubieńcem krytyków różnych generacji. Redakcja szybko prostuje mój błąd celnym i pochwalnym tekstem Tomasza Majerana, tym samym mówiąc „nasz krąg, nasze pokolenie jest zachwycone tymi wierszami, głos Maliszewskiego to jakiś wypadek przy pracy”. Oczywiście i ja dojrzewam do tych wierszy, zaczynam je doceniać, a może nawet lubić. Potrzeba mi kilku lat, by ujrzeć urodę, niesamowitość, głębię tego świata. Jednak po tej przygodzie bardziej ważę słowa, waham się, negocjuję w myślach stanowisko impulsywnie kreowane przez własną intuicję z hipotetycznymi poglądami redakcji, czyli pokolenia. Sygnalizuję tutaj zjawisko samotności czytającego: jego czytanie może pozostać w domu, w szufladzie, a może zderzyć się z czytaniem innych, z czytaniem zbiorowym. Może nagle paść pytanie, dlaczego to ci się podoba, a tamto właściwie nie. To samo pytanie można zresztą zadać tak zwanej opinii publicznej, głosowi pokolenia – dlaczego to podoba się wam tak bardzo, a pozostajecie głusi na inne, wcale nie gorsze, propozycje?

Trudno nieraz o szlachetne i czyste wybronienie własnego stanowiska. Szczególnie gdy czytający poeta zaczyna być podejrzewany o sympatię, koleżeństwo i znajomość z omawianymi przez siebie poetami. Bardzo trudno jest patrzeć komuś w twarz i mówić źle o jego wierszach, o regresie, o tym, że w najnowszym tomiku w pewien sposób powinęła mu się noga. Bardzo trudno przyjmuje się krytykę ze strony innych. A więc hasło „czytanie pojedyncze i zbiorowe” może być także synonimem ogólnej niezręczności, szczególnego napięcia towarzyszącego świadomemu istnieniu pośród grup i grupek piszących, czytających, komentujących się nawzajem. Jakże trudno tu o zachowanie niezależności. Zwróćmy uwagę, na jakie naciski jesteśmy narażeni. One mogą być w większości urojone, one mogą wynikać z przewrażliwienia, lecz jednak są, wytrącają pióro z ręki.

Czytanie pojedyncze i zbiorowe może w pewnym stopniu dotyczyć zagadnienia wiążącego się z rozdrobnieniem środowiska literackiego i pilnowaniem własnych interesów przez poszczególne grupy. Krytyk musi tak czytać, by nie narazić się jakiejś grupce, która ma swojego krytyka uprawiającego czytanie pojedyncze, powiedzmy „autarkiczne”, i wmawiającego grupie, że jest to czytanie zbiorowe o ogólnopolskiej wartości. Ależ oczywiście, że nikt z nas wcale nie musi czytać tak, by się komukolwiek nie narazić, jeśli ma dość siły i charakteru, by ustanowić własne kryteria i hierarchie. Te własne kryteria i hierarchie nieraz zapewne stają w poprzek pewnym oczekiwaniom, niejednokrotnie powodując grymas niechęci u tych czy tamtych. Niewskazane jest podobanie się wszystkim i prawdę mówiąc, właściwie niemożliwe. Zawsze któryś z kręgów poczuje się niedoceniony, a jakaś z literackich Rodzin obrazi się nie na żarty. Postronny obserwator zaczyna gubić się w plątaninie domysłów, spod jakiego znaku, spod jakiej chorągwi jest dany twórca, jaką Rodzinę reprezentuje. I zazwyczaj wszystko, czyli książka i jej osłona (przyjęcie, promocja, kolportaż) zostają w Rodzinie, która organizuje w miarę życzliwą recenzję u zaprzyjaźnionego krytyka i tak dalej. Reszty to raczej nie obchodzi, sili się na uprzejmą obojętność, a jeżeli wcześniej jakiś odłam owej Reszty podpisał z Rodziną pakt o nieagresji, to książka i jej autor będą zostawieni w tym kręgu w zupełnym spokoju wręcz dożywotnio. Aż do pojawienia się „młodego gniewnego” bez zobowiązań i poza układami.

Z oficjalnymi, grupowymi i środowiskowymi sympatiami-antypatiami krzyżują się indywidualne rozpoznania towarzyskie, zresztą niekiedy stające w konflikcie z ustaleniami danej Rodziny. Przyjaźń jest rzeczą piękną i bezinteresowną niezależnie od tego, czy jest to przyjaźń literacka, czy zwykła. Życzyłbym wszystkim prawdziwej przyjaźni, a taka w małym stopniu zależy od tego, czy przyjaciel uzyskał ode mnie wymuszone sytuacją pochwały, czy też cierpkie uwagi trafiające w istotę rzeczy. Moi najlepsi przyjaciele literaci nienawidzą fałszu i po prostu nigdy nie wybaczyliby mi mizdrzenia. W większości przypadków przyjaźń potęguje siłę interpretacji, tworzy klimat większego zainteresowania dla tekstu, zmusza mnie do wysiłku, do zaskoczenia czymś przyjaciela, do szukania nowych sposobów egzegezy. Postępowałem tak od pierwszej chwili, czego dowodem moja najwcześniejsza recenzja z tomiku przyjaciela, towarzysza z tej samej falangi wałbrzysko-sudeckiej (odnogi kłodzkiej), Krzysztofa Śliwki, odebrana przez niektórych jako paszkwil, zaś przez samego zainteresowanego z przekonaniem, że odkryłem coś, z czego sam nie zdawał sobie sprawy. Nadal jesteśmy przyjaciółmi. Zdarzały mi się również scysje z rzekomymi przyjaciółmi, którzy liczyli na mój entuzjazm, zasypywali gradem przypochlebnych listów, usiłowali stawiać wódkę (za którą nie przepadam), a tymczasem spotykało ich rozczarowanie w postaci rzeczowej recenzji nieuwiedzionego krytyka.

Uczestniczenie w życiu literackim przynosi dużo dobrego, wnosi sporo, jeżeli chodzi o rozumienie mechanizmów, pozwala dostrzec indywidualność twórczą w jakichś grupowych ramach, w społeczności wytwórców słowa. Obserwować, jak się razem bawią i złoszczą, kochają i nienawidzą, dogadują i antagonizują, to doprawdy bardzo pouczające. Nie należy jednak dla jasności umysłu i trzeźwości krytycznego osądu zbyt długo pozostawać pod rzekomym urokiem tego życia. Jest jakaś granica owego uczestnictwa. Sądzę, że krytyk nie może się zasiedzieć, najlepsza jest taktyka rozpoznania i ucieczki – wyniesienia wiadomości na temat środowiska i przyjętych w nim zachowań, a następnie powrót na swoją pozycję, samodzielnie wysuniętą placówkę. Krytyka należy pozostawiać w tej samotności, może nawet umożliwiać mu metodyczne hodowanie samotności, oddzielności, postronności. To właśnie w samotności pisze się wiersze, ale również prawie-wiersze – kartki z dziennika, recenzje i szkice nieskażone zbyt bliskim sąsiedztwem, bezpośrednią bliskością, atmosferą lepko uzależniającego koleżeństwa rozumianego na sposób płaski i sitwiarski. Oczywiście, to pewien ideał, który na co dzień często wymyka mi się z rąk, albowiem zbyt już jestem na widoku, zbyt na pożarcie i rozmiękczenie przez listy, gesty, uśmiechy i publiczne uszczypliwości.

I chodzi o to, by w tym wszystkim nie zwariować, by znaleźć sobie miejsce gdzieś na przecięciu intuicji płynących to od czytania pojedynczego, to znów od czytania zbiorowego. Pośród gróźb i zachęt, umizgów i wyrazów niechęci zachować własne zdanie, rozpoznawalny gust i smak. Zdać się na intuicję, a nawet instynkt. Mówić śmiało „to mi się nie podoba”, gdy coś się nie podoba. A potem uzasadnić, nie zapominając o istocie swoich kryteriów. Nie być człowiekiem „Biura Literackiego”, „Krytyki Politycznej”, „Frondy” czy „Lampy”. Być człowiekiem stąd i znikąd, nieustannie czuwając nad światopoglądem, samopoczuciem własnym i czytanej poezji. Dopóki mnie ona jeszcze zajmuje.