porno porno porno izle sex izle

Jacek Grębowiec Dwa kresy. Powrót do Buzzatiego

„Bohaterowie Buzzatiego – jak pisze Krzysztof Varga – pragną buntowniczo przekraczać granice swoich krajów, wyruszają na poszukiwanie innych światów, ale nigdy nawet do tych granic się nie zbliżą. Czeka ich jedynie bezgraniczna samotność, a na końcu śmierć w zapomnieniu”[1]. Jedno zdanie i dwie porażając konstatacje. I dwa kresy majaczące zrazu na odległych – wydawałoby się – widnokręgach czasu i przestrzeni. Kresem oczywistym jest śmierć, o której Dino Buzzati pisze, że „to nie walka, po której wracasz uwieńczony kwiatami słonecznym rankiem wśród uśmiechów młodych kobiet”[2], drugim zaś – horyzonty codziennych i niecodziennych zmagań, oczekiwań, także tych wydumanych, niedookreślonych, dalekich od rutyny, do których zmierza się przecież bez względu na to, czy pcha nas ku nim własna wola, czy też siła inercji, wyroki fatum, niekreślona (bo na nic się tu zdają wyjaśnienia psychologów i kaznodziejów) dynamika popędów i pragnień. Lepiej zresztą tego nie wiedzieć, a już na pewno nie od razu, bo – jak pisał Emil Cioran, współczesny Buzzatiemu, choć stokroć bardziej sceptyczny – „poznanie jest dla życia utrapieniem, świadomość zaś to otwarta rana w rdzeniu życia”[3].

Świadomość tego, co nieuchronne, nie od razu udziela się również bohaterom opowiadań włoskiego prozaika, choć ich stan moglibyśmy określić – dosłownie i metaforycznie – jako terminalny (w krótkich formach prozatorskich tempo osuwania się w nicość wydaje się i tak nazbyt żwawe, bez względu na perypetie jednostkowych bohaterów – widać to jednak szczególnie w najbardziej znanym opowiadaniu Buzzatiego Siedem pięter[4]). Snują więc jakieś plany, wcielają w czyn swoje małe i duże projekty (Varga wspomina chętniej o tych wielkich, podyktowanych buntem). Te konkretne i wzniosłe to odległe wyprawy, długotrwałe kampanie wojenne, polowania na mitologiczne bestie, żarliwe modlitwy składane w bardzo przejrzystych intencjach, nierzadko w nadziei na cud. Te małe, codzienne, wynikają natomiast z oczywistych wręcz pobudek, takich jak chęć zdiagnozowania błahych dolegliwości, rozwiązania zagadki, oderwania się od rutyny, napisania listu do ukochanej. Bohaterowie Sześćdziesięciu opowiadań Buzzatiego (i nie tylko tego zbioru) wydają się w tym autentyczni: wzruszający, niekiedy wręcz komiczni, innym razem heroiczni, a nawet okrutni[5].

Efekty ich zmagań zawsze jednak zaskakują: albo dalekie są od założonych celów, albo boleśnie rozczarowują. Bohaterom „włoskiego Kafki”[6] dana zostaje u kresu co najwyżej jakaś wiedza – lub tylko jej przeczucie, wątły przebłysk zrozumienia. Jak u Józefa K., którego ostatnie słowa przed zgonem: „Jak pies!”[7], zrozumienie surowych wyroków losu (i tego, że powinien się wstydzić) sygnalizują. Na nic ono jednak już się nie przyda. W momencie owego przebłysku (rzadziej olśnienia) bohaterom Buzzatiego, podobnie jak Józefowi K. w Procesie, przychodzi żegnać się ze światem. Historie wieńczy zgrabna puenta. Kompozycja opowiadań Buzzatiego – jak przystało na utwory rasowego dziennikarza, kogoś, kto od dwudziestego drugiego roku życia aż do śmierci pracował w dzienniku „Corriere della Serra” – jest jasna i funkcjonalna. A nawet – schematyczna. Narracja kończy się więc symbolicznym domknięciem lub morałem (bywa jednak, że wieloznacznym, lakonicznym, jedynie zasugerowanym).

Zarówno pacjent nowoczesnej kliniki (Giuseppe Corte, o którym pisałem prawie dziesięć lat temu), jak i trędowaty Mseridon, gorliwie modlący się o zdrowie w swej pustelni, który wraz z łaską oczyszczenia otrzymuje „w darze” niechęć do ludzi, ich codziennych starań i pragnień[8], zarówno okrutny hrabia rozprawiający się ze smoczycą i jej przychówkiem (słusznie potem ukarany)[9], jak i przeciętny zupełnie, czterdziestoletni kupiec (bohaterowie Buzzatiego nie bez powodu wchodzą w Conradowską „smugę cienia”[10]), oddający się bez reszty przypadkowej zabawie w Indian – wszyscy oni wiedzą, że to, w co się zaangażowali, sprawy, których się podjęli, potoczyły się w zupełnie nieprzewidzianym kierunku. Jak sny, których biegu kontrolować się nie da. Spodziewane rezultaty, spełnione oczekiwania, wyczekane nagrody czy racjonalne podsumowania  – nie przydarzają się im prawie nigdy. A jeśli nawet, to ich sens wypacza się błyskawicznie, potwornieje lub przybiera groteskowe zupełnie oblicze, rzadko satysfakcjonujące (choć i to, paradoksalnie, w opowiadaniach Buzzatiego się zdarza).

Słusznie pisze recenzent Sześćdziesięciu opowiadań o bohaterach Buzzatiego (nie o wszystkich, ale z pewnością o wielu), że „to ofiary fatum, które ku zagładzie ciągnie nieokreślona, ale potężna siła: idą na zatracenie, jak zahipnotyzowani, a głos rozsądku zamienia się w uporczywy głos wewnętrzny podpowiadający im najgorsze wyjście z sytuacji”[11]. W konkluzjach i puentach jego opowiadań (ale też i w jedynej znanej polskiemu czytelnikowi jego powieści – Pustyni Tatarów) zawsze zostają sami. Bywa, że pośród przyjaciół, towarzyszy, a nawet wśród troskliwych bliskich, którzy i tak niczego nie są w stanie pojąć. Ostatecznie jednak – sami. Zostaje również świadomość – ów blask, jaki ewentualnie dociera do nich u kresu zmagań. Nie przez przypadek zresztą pojawia się on tak późno.

Istotą paraboli, a tak postrzegać trzeba prozatorskie utwory Buzzatiego, jest puenta. Przypowieści nie mogą przecież połyskiwać zwrotami akcji. Postaciom-ideom[12] nie przysługuje również prawo do przedwczesnej refleksji, do skutecznego oporu, do przezwyciężania determinizmów. Spotkać ich musi to wszystko, co przewidział Los (a może Bóg? Demiurg?). Głębsza refleksja, tak bohatera, jak czytelnika, przychodzi natomiast po rozwiązaniu akcji. Czeka cierpliwie na kres wszelkich działań. Na oba zresztą kresy. Fabularny i egzystencjalny. Na puentę i częstą u bohaterów Buzzatiego śmierć.

Ale czy na próżno? Dla nich, bohaterów opowiadań, na ogół tak. Już nic nie zrobią, wszystko potoczyło się nie tak, jak powinno, zostali zaskoczeni lub zwiedzeni na manowce. Dla nas, czytelników, wiedzących, że do lektury trzeba mieć jako taki dystans, że pełne utożsamienie się z bohaterami to grunt niezwykle grząski – puenty Buzzatiego nie wydają się bezwartościowe. Nie należy bowiem (przed tym powinienem przestrzec) utożsamiać się z postaciami-ideami Buzzatiego. Nawet gdy pcha ku temu wyraźny impuls, przeczucie jakieś transcendencji, emocjonalna i aksjologiczna szamotanina, wreszcie wyrzuty sumienia („kaznodzieja” – to kolejny epitet przyszywany Buzzatiemu, nadawany mu przez tych, którzy w jego pisarstwie szukają odpowiedzi na ważkie egzystencjalne pytania) – ostatecznie zaś smutek, nie byle jaki zresztą, ale taki, o jakim pisał ponad osiemdziesiąt lat temu Emil Cioran:

„[…] Wyróżniającym rysem smutku jest jego nadzwyczaj znamienne i tak częste pojawianie się po wielkich życiowych satysfakcjach i dokonaniach. Dlaczego po akcie seksualnym następuje smutek, dlaczego po tęgim pijaństwie lub dionizyjskim uniesieniu człowiek jest smutny? Dlaczego wielkie radości sprowadzają smutek – Dlatego, że gdy w tych stanach nadmiaru zużyje się cały zapał, pozostaje już tylko doznanie czegoś nieodwracalnego, odczucie porzucenia i utraty, uzyskujące w porządku negatywnym niesłychanie wielkie natężenie. […] Smutek pojawia się po wszystkich sytuacjach, w których życie traci coś z siebie. W ten sposób zjawisko śmierci wywołuje smutek największy.

 […] Na twarzy każdego człowieka, przeżywającego intensywny smutek, rysują się takie napięcia i skurcze przenikające do samej głębi jego istoty. Są one tak jawnym zaprzeczeniem wszelkiego piękna i wskazują na tak wielkie opuszczenie i samotność, że zadajemy sobie pytanie, czy fizjonomia smutku nie jest formą uzewnętrzniania się śmierci w życiu”[13].

Ktoś, u kogo w życiu poprzez smutek „uzewnętrznia się śmierć”, może być szczególnie podatny na przypowieści „włoskiego Kafki” (Buzzati, nawet jeśli sobie tego nie życzył, niech już nim zostanie – poszukiwanie innych antonomazji i etykiet – jak „kaznodzieja” – wyrządza pisarzowi jeszcze większą krzywdę). Tu jednak kończą się podobieństwa pomiędzy rumuńskim sceptykiem i nihilistą a włoskim egzystencjalistą. Cioran nie widzi bowiem sensu w poszukiwaniu skutecznych lekarstw na smutek, melancholię, rozpacz i obłęd. Doznania te ukazuje we wzajemnych relacjach, bada wreszcie ich symptomy, nie leczy ich jednak, nie usuwa. Inaczej jest z Buzzatim, którego w podobnie mrocznych barwach odmalowywać mimo wszystko nie wypada. Bo u kresu wszelkich działań (i niejednokrotnie u kresu życia) widzi on nierzadko, oczami swych bohaterów, jakieś „sekretne drzwi”[14] czy też „czarne portale” „otwierające drogę światłu”[15], uchylone zarówno przed tymi, którzy oddali się niespodziewanej przygodzie, wyciągającej ich z utartych szlaków, jak i przed tymi, którzy kierowani przez fatum, urocze złudzenia czy żelazną konsekwencję pozbawieni zostali szansy przeżywania zwykłych przyjemności, doświadczania choćby namiastek szczęścia.

Można na te uchylone drzwi i sączące się spoza nich światło spojrzeć przez pryzmat kilku utworów. Bo czym w istocie są te wrota, co mają symbolizować w tak niejednoznacznej prozie – nie od razu wiadomo. Dla majora Giovanniego Drogo, tkwiącego od trzydziestu lat w Fortecy Bastiani, gdzie latami topniała jego nadzieja na dzień chwały, na jeden choćby heroiczny akcent w całej służbie, stanowić one mogą jakąś pociechę. Nie da się wszakże ukryć, że pociechę dość iluzoryczną, niepewną, taką, jaką nieść może nie tyle głębokie przekonanie co do swych racji, ile raczej uśmierzająca ból morfina.

Dobre i to. Pod warunkiem, że halucynacje okażą się intensywne i namacalne. Zważywszy jednak na trzydzieści lat służby, całe więc dojrzałe życie majora Drogo, otucha dla filozofującego czytelnika (i dla bohatera) Pustyni Tatarów jest w tym niewielka. Wymaga niezwykłego treningu, nie tyle już filozoficznego, ile duchowego. Nie każdego stać zresztą na takie uniesienia. Wątpliwości nie opuszczają więc majora Drogo, który, wydając ostatnie tchnienie, ciągle nie osiąga pełnej jasności. Nie mamy tu do czynienia z wyrazistą, jak w średniowiecznych moralitetach, psychomachią. O duszę majora możemy być spokojni. Niemniej coś (albo ktoś: nieznanego pochodzenia psychopompos? a może sam autor?) z jednej strony mówi mu, jakby nawiązując do zapomnianej ars bene moriendi:

Odwagi, Drogo, to ostatnia już strona, wyjdź na spotkanie śmierci po żołniersku i niech twoja błędna egzystencja przynajmniej dobrze się zakończy. Zemścij się wreszcie na przeznaczeniu: nikt nie będzie opiewać twej chwały, nikt ciebie nie nazwie bohaterem lub kimś podobnym, ale właśnie dlatego warto. Przekrocz spokojną stopą granicę cienia, wyprostowany jak na paradzie, i uśmiechaj się, jeśli ci się uda. Ostatecznie sumienia nie masz zbytnio obciążonego i Bóg ci przebaczy[16].

Z drugiej zaś, jakby w kontrze, pojawiają się oczywiste pytania:

[…] A jeśli to wszystko jest oszustwem? Jeśli jego odwaga jest tylko upojeniem? Jeśli to jedynie sprawa cudownego zachodu słońca, pachnącego powietrza, przerwy w bólu fizycznym, melodii pianina dolatujących z dołu? I za kilka minut, za godzinę będzie znów poprzednim Drogo: słabym i pokonanym?[17]

Myśląc zatem o kresie, nie wiemy, czy będzie towarzyszyć mu zwątpienie, czy wiara. Jedno z nich – na pewno. Drzwi jednak będą uchylone lub przynajmniej możemy się łudzić, że będą.

Inne nieco wrażenie wywołuje kres wędrówki królewskiego syna, bohatera opowiadania Siedmiu posłańców, który, rezygnując z dziedzictwa, w wieku lat trzydziestu podejmuje niezwykłe wyzwanie – dotrzeć ku granicom monarchii, zbadać, co (i czy w ogóle coś?) kryje się za nimi. Paraboliczny charakter opowiadań Buzzatiego każe widzieć w wyprawie księcia i jego wiernych towarzyszy wyzwanie raczej epistemologiczne i zapewne teologiczne. Nie chodzi tu zatem o granice geomorfologiczne, państwowe, granice ludów, ich języków i obyczajów. Wnet, u zarania wyprawy, przychodzi zresztą pierwsza ponura konstatacja: „[…] wciąż przemierzałem coraz to nowe krainy i spotykałem nowych ludzi, i wszyscy mówili tym samym językiem co ja, i przedstawiali się jako moi poddani”[18]. Nieco bardziej optymistyczna (bliska idei Czesława Miłosza wyrażonej w Piosence o końcu świata, kojarząca się również z fascynującym egzystencjalistów mitem o Syzyfie) pojawia się natomiast u kresu bezskutecznych poszukiwań księcia:

Nie istnieją – jak podejrzewam – granice, przynajmniej w znaczeniu, w jakim zwykliśmy o nich myśleć. Nie ma murów granicznych, dolin, co dzielą, ani gór, które każą zawracać. Prawdopodobnie przekroczę kres całkiem bezwiednie, i, nieświadomy, wciąż będę podążał przed siebie[19].

I tu, podobnie jak podczas agonii majora Drogo, przebija jakieś światło, transcendentne w istocie doświadczenie. Składa się ono z dwóch komponentów. Pierwszym, choć przychodzącym być może za późno, jest zrozumienie błędu, jaki już na wstępie wyprawy popełnił książę. Na drodze ku wiedzy, ku granicom poznania, stanęła bowiem jedna przeszkoda – jego tęsknota, pamięć, nieustanne snucie nici powiązań z centrum, z miastem, z rodziną i jej wspomnieniem, od których to przecież uciekał. Każdy etap podróży znaczą listy wysyłane do i otrzymywane ze stolicy królestwa. Posyłanie przyjaciół w coraz to dłuższe powrotne misje spowalnia ekspedycję, tak iż wydaje się ona przypominać psie błądzenie po coraz to szerszych kręgach. Drugim elementem owego doświadczenia jest nadzieja, możliwa dzięki wyzwoleniu z owego karmicznego uwiązania. Musi zniknąć za horyzontem, a potem umrzeć ostatni z posłańców, aby książę mógł powiedzieć: „Nowa nadzieja poprowadzi mnie jutro dalej, w kierunku dziewiczych gór, skrywanych teraz przez nocne cienie”[20].

Stary, zgrzybiały już książę uwalnia się jednak dopiero u kresu życia. Udziela mu się entuzjazm, jakiego przedwcześnie doświadcza inny jeszcze bohater prozy Buzzatiego. Tym razem człek zwykły, czterdziestoletni handlarz Giuseppe Gaspari – głowa rodziny, zaradny mąż, ojciec, ślicznych zapewne, córeczek. Człowiek bez szczególnych właściwości. Impulsem, który wydziera go z ciepłej rodzinnej sielanki, jest zabawa. Dziecinna zabawa w Indian, do której przyłącza się podczas wakacyjnej górskiej wędrówki, jakby zapominając o różnicy wieku pomiędzy nim a nastoletnimi kompanami.

Tak – on, czterdziestolatek – przystał  do zabawy z dziećmi, wczuwając się w nią podobnie jak one. Tylko tyle, że dzieci mają te anielską lekkość, a on wziął to wszystko na serio, uwierzył wiarą przytłaczającą i porywczą, którą bezwiednie skrywał w sobie przez wszystkie te lata zgnuśnienia. Wiarą tak silną, że wszystko stało się prawdziwe – dolina, Indianie i krew. Przekroczył oto progi nie swojego już świata baśni, granicę, której o pewnej porze życia nie można bezkarnie przekraczać. Powiedział do sekretnych drzwi „otwórzcie się”, niemal przekonany, że żartuje, a drzwi otworzyły się naprawdę. Powiedział „dzicy”, i stali się. Strzały były zabawkami, a jedna raniła go śmiertelnie.

Płacił więc za ten prawie nieosiągalny urok, jakiemu się poddał, płacił prawdziwy okup! Dotarł zbyt daleko, by móc powrócić, ale jakże słodką zemstą mógł się rozkoszować w zamian! Niechże czekają przy obiedzie dzieci, żona, znajomi z hotelu, niech czekają z wieczorną partyjką brydża! Rosołek z makaronem, gotowana wołowinka, wiadomości w radiu – śmiechu warte! Przecież powracał z mrocznych krańców świata[21].

Oniryczna i nieco groteskowa poetyka Mieszczucha zauroczonego, przeplatanie się świata realnego i świata dziecięcych marzeń nie przesądza o tym, iż opowiadanie to odbierać należy powierzchownie, czerpiąc radość jedynie z niezwykłej jego konwencji. Zabawkowe strzały zadają bowiem Gaspariemu prawdziwe rany, te natomiast sprowadzają nieudawaną wcale śmierć. Kupiec jednak nie pomstuje. Kres jego przygody napawa go paradoksalnie niezwykłą radością (najcelniej mógłby ją zinterpretować Bruno Bettelheim, na podobieństwo swych rozważań podjętych w psychoanalitycznej rozprawie Cudowne i pożyteczne. O znaczeniach i wartościach baśni[22]). Na nic przywoływania zaniepokojonej żony. Tożsamość Gaspariego uległa przemianie, zrobił bowiem coś, czego zawsze pragnął. A pragnął się zapomnieć, oddać bez reszty czemuś tak niepragmatycznemu jak dziecięca zabawa. I choć płaci za to cenę najwyższą, w swoich oczach jest „[…] bohaterem, nie tchórzem. Nie jednym z tłumu, ale kimś stojącym ponad nim”[23].

Kto pragnie Buzzatiego nazywać „kaznodzieją”, powinien wsłuchać się w transgresywny charakter puenty tegoż opowiadania:

[…] Głowa opadała mu na pierś, jak przystało na chwilę śmierci, a zlodowaciałe usta nie przestawały się lekko uśmiechać, jakby chciały z pogardą powiedzieć: pokonałem cię, martwy świecie, nie zdołałeś mnie zatrzymać[24].

Buzzati albo przekracza tu granice tradycyjnej moralistyki – nie byłby już wtedy kaznodzieją, a herezjarchą. Albo spóźnionego buntownika przedstawia w krzywym zwierciadle – wtedy jednak musielibyśmy widzieć w nim satyryka, oświeceniowego mędrka czy szyderczego klechę, co kłóci się z innymi parabolicznymi sensami jego opowiadań. Co ciekawe, nic nie stoi na przeszkodzie, by dostrzec w prozie Buzzatiego nić sympatii, jaka łączy go z bohaterami trwającymi przy swych obowiązkach i zasadach. Staje np. po stronie etosowego majora Drogo, jego zauroczenia mitem, przywiązania do towarzyszy broni, a nawet pod stronie jego melancholii. Jednocześnie nie odmawia sympatii wyrwanym z codzienności i zgnuśnienia okazjonalnym szaleńcom, w rzeczywistości zaś zwykłym ludziom, pozbawionym na co dzień odrobiny romantyzmu.

Świat bez poetyckich porywów, odarty z liryki rysuje się Buzzatiemu w najczarniejszych barwach. Przemyślenia te znalazły swoje miejsce w dystopijnym opowiadaniu To było zakazane, w którego fikcyjnym, choć pozornie demokratycznym, świecie penalizuje się wszelkie próby czytania liryków i, nie daj Boże, ich pisania[25]. Poezja broni się jednak, wyziera z każdego zakamarka. Uprawia się ją cichcem, przeczuwa się jej obecność. Robi to nawet Gorgina, córka ministra postępu, posła i zajadłego wroga poezji, Waltera Montichiariego, która pośród pajęczyn i gratów, na strychu, nasłuchuje odległego echa poezji, widzi ją nawet w „nieznaczących spektaklach księżyca w zaawansowanej drugiej kwarcie”[26]. „Demokratyczny”, scjentystyczny i stechnicyzowany kolektyw (znienawidzone przez Buzzatiego pojęcie) musi więc poezji w końcu ulec[27].

Buzzati opowiada się po stronie romantyzmu, po stronie poezji i poetyczności (nie po raz pierwszy zresztą – wystarczy spojrzeć na jego wspaniałe synkretyczne dzieło z 1945 roku – Słynny najazd niedźwiedzi na Sycylię – będące cudowną wręcz baśnią, z pewnymi cechami dramatu, przeplataną wierszowanymi epopeicznymi fragmentami[28]). Choć jego opowiadania od strony formalnej są na ogół oszczędne (podobnie jak ich bohaterowie: anonimowi, niedookreśleni), pomimo tego wreszcie, że „dziennikarstwo uważał za jedną z najważniejszych form swojej działalności”[29], tworząc zgodnie z dewizą: „Optimum dziennikarza jest zbieżne z optimum Literatury”[30]. Okazuje się jednak, że stylistyczne fajerwerki mądrej parabolicznej literaturze wcale potrzebne nie są. Ważniejsze wydają się jasność i stosowność – nie przez przypadek wyżej niż ozdobność stawiane przez Rzymian w retorycznej, elokucyjnej hierarchii. Przejrzysta forma krótkich prozatorskich utworów Buzzatiego nie wyklucza jednak wprowadzania do ich światów przedstawionych i fabuł elementów futurystycznych i fantastycznych, nie przeczy też wyraźnemu opowiedzeniu się autora za uczuciowością, idealizmem i romantyzmem, które rozumieć trzeba przede wszystkim jako określony stosunek do świata.

Czytać Buzzatiego nie można bez odrobiny – albo i całych garści – niepokoju. Poruszające, nieco surrealistyczne światy, jakie konstruuje w swej prozie, jego postacie-idee, w których czai się nienasycenie, zaspokajane – nie zawsze w pełni i do końca – u kresu ich życia, dalekie wreszcie od kodeksowej etyki puenty, którym trudno jednak odmówić transcendentnych, choć zapewne pozakonfesyjnych, motywacji – czyni z jego dzieł prawdziwe lekturowe wyzwanie. Komuś, kto „nie chce umierać wśród narzekań, a bogom szczerze i serdecznie wdzięczny”[31], proza Buzzatiego wyda się więc albo niezrozumiała, albo nawet obrazoburcza. Nie jest to literatura ani dydaktyczna, ani rozrywkowa, nie oferuje tanich przeżyć zastępczych. Czasem tylko pobrzmiewają w niej groteskowe tony (karykaturalna jest u Buzzatiego arystokracja, z życzliwą ironią traktuje zaś mieszczan[32]). Nie decydują one jednak o specyfice twórczości. Nie jest też zwierciadłem, chyba że o zwierciadło lęków, pragnień i zahamowań nam chodzi, tym zaś – jak chcieli niegdyś psychologowie głębi – mogą być sny, a może i snom podobne narracje. Nie jest ostatecznie proza Buzzatiego przeznaczona dla ludzi zawsze zadowolonych, pewnych siebie, których etosu i elegancji nie wystawiono jeszcze na próbę (na podobieństwo etosu majora Drogo). Takich jednak, choć zapewne niezwykle szczęśliwych, przytaczany tu Cioran uznawał w ogóle za „nic nie myślących, tzn. myślących tylko tyle, ile trzeba, aby żyć”[33]. I miał w tym niemało racji.


[1] K. Varga, Dino Buzzati – włoski Kafka, „Gazeta Wyborcza”, 27.02.2007, s. 16.

[2] D. Buzzati, Pustynia Tatarów, tłum. A. Pałłasz, Wrocław 2005, s. 167.

[3] E. Cioran, Na szczytach rozpaczy, tłum. I. Kania, Kraków 1992, s. 77.

[4] Kilka lat temu poświęciłem mu esej: Pomiędzy zaufaniem i naiwnością. Kilka uwag o prozie Dina Buzzatiego, „Znaczenia. Kultura-Komunikacja-Społeczeństwo”, nr 1/2008, s. 19-23. Niniejsze rozważania w pewnym sensie stanowią jego kontynuację.

[5] “However, not all Buzzati’s young characters are passive; in some cases they play the role of torturers” (V. Polcini, Dino Buzzati and Anglo-American Culture. The Re-use of Visual and Narrative Texts in his Fantastic Fiction, Newcastle 2014, s. 21-22).

[6] Sam Buzzati na to miano reagował ponoć „alergicznie” (zob. Słownik literatury włoskiej XX wieku, red. J. Ugniewska, Warszawa 2001, s. 152).

[7] F. Kafka, Proces, tłum. B. Schulz, Warszawa 1991, s. 183.

[8] D. Buzzati, Człowiek, który chciał wyzdrowieć, tłum. J. Wajs, w: Idem, Sześćdziesiąt opowiadań, Izabelin 2006, s. 268-274.

[9] Idem, Zabicie smoka, tłum. J. Wajs, w: Idem, Sześćdziesiąt opowiadań, op. cit., s. 72-86.

[10] „Postępujesz naprzód, a twoim śladem nieodstępnie i niepostrzeżenie posuwa się czas. Aż przychodzi chwila, w której spostrzegasz przed sobą smugę cienia ostrzegającą cię, że dzień pierwszej młodości dobiegł już końca.

W tym to właśnie okresie nawiedzają człowieka dziwne chwile, o których mówić zamierzam. Chwile znużenia, przesytu, niezadowolenia z siebie. Chwile niezrozumiałego uporu. Człowiek jeszcze względnie młody dopuszcza się wtedy najnierozważniejszych czynów – żeni się bez namysłu lub porzuca swój zawód bez jakiejkolwiek przyczyny” (J. Conrad, Smuga cienia, tłum. E. Chruściel, ebook, Białobrzegi 2014).

[11] K. Varga, op. cit., s. 16.

[12] Więcej o schematyczności, pozbawieniu postaci Buzzatiego cech szczególnych w: Słownik literatury włoskiej XX wieku, op. cit., s. 151-152.

[13] E. Cioran, op. cit., s. 74-75.

[14] D. Buzzati, Mieszczuch zauroczony, tłum. P. Drzymała, M. Wyrembalski, w: Idem, Sześćdziesiąt opowiadań, op. cit., s. 152.

[15] Idem, Pustynia Tatarów, op. cit., s. 168.

[16] Ibidem, s. 167.

[17] Ibidem, s. 168.

[18] Idem, Siedmiu posłańców, tłum. J. Mikołajewski, w: Idem, Sześćdziesiąt opowiadań, op. cit., s. 5.

[19] Ibidem, s. 8.

[20] Ibidem, s. 9.

[21] Idem, Mieszczuch zauroczony, op. cit., s. 152.

[22] Zob. B. Bettelheim, Cudowne i pożyteczne. O znaczeniach i wartościach baśni, tłum. D. Danek, Warszawa 2010.

[23] Ibidem, s. 153.

[24] Ibidem.

[25] Koncepcję tę pięknie wykorzystał w latach pięćdziesiątych Ray Bradbury w powieści 451 stopni Fahrenheita (zob. R. Bardbury, 451 stopni Fahrenheita, tłum. I. Michałowska, Warszawa 2012), zekranizowanej z kolei przez Françoisa Rolanda Truffauta w 1966 roku.

[26] D. Buzzati, To było zakazane, w: Idem, Sześćdziesiąt opowiadań, op. cit., s. 419.

[27] Do arbitralnych zakazów (a może i do etyki kodeksowej) Buzzati odnosi się z niechęcią również w innym opowiadaniu. W Zakazanym słowie przedstawia świat, którego główną zasadą jest niewypowiadanie tajemniczego wyrazu. Dociec, jak ów leksem brzmi, próbuje bohater opowiadania. Wyłuskać je pragnie z detektywistyczną wręcz pasją. Na próżno. Nie o wyraz tu bowiem chodzi, ale o sferę tabu, o zakaz, który dyscyplinuje wszystkich, wzmaga ostrożność i podejrzliwość, jak w „panoptikonie” Michela Foucaulta (zob. M. Foucault, Nadzorować i karać. Narodziny więzienia, tłum. T. Komendant, Warszawa 1993; D. Buzzati, Zakazane słowo, tłum. M. Salwa, w: Idem, Sześćdziesiąt opowiadań, op. cit., s. 454-460).

[28] D. Buzzati, Słynny najazd niedźwiedzi na Sycylię, tłum. M i J. Mikołajewscy, Warszawa 2008.

[29] Słownik literatury włoskiej XX wieku, op. cit., s. 151.

[30] A. Veronese Arslan, Invito alla lettura di Buzzati, Milano 1974, s. 33, za: Ibidem.

[31] Marek Aureliusz, Rozmyślania (Ks. II, 9), tłum. M. Reiter, Kęty 2003, s. 20.

[32] Życzliwość ta widoczna jest zarówno w przytaczanym tu Mieszczuchu zauroczonym, jak i w zaprawionym gorzkim humorem opowiadaniu List miłosny, w którym nieco ponad trzydziestoletni Enrico Rocco, kierownik spółki handlowej, pisze do ukochanej miłosną epistołę, by tego samego dnia jeszcze ją nadać. Staranne dobieranie słów, pieszczenie frazy przerywają mu niezliczeni goście i kontrahenci: krawiec, ponętna kuzynka, sekretarz arcybiskupa, adiutant polowy Cesarza… Na koniec dnia (a może kilka dni, a nawet kilka lat później) rozpoczęty z takim zapałem list w oczach Rocco staje się nic niewartym bredzeniem „pełnym idiotyzmów” (zob. D. Buzzati, List miłosny, w: Idem, Sześćdziesiąt opowiadań, op. cit., s. 430-435).

[33] E. Cioran, op. cit., s. 76.