porno porno porno izle sex izle

Michał Rydlewski Analiza semiotyczno-strukturalna światopoglądową dekonstrukcją podszyta. Przykład „Ostatniego Królestwa” Bartosza Jastrzębskiego

Nie będzie chyba intelektualnym nadużyciem, jeśli powiem, że za powstaniem różnych paradygmatów metodologiczno-teoretycznych w uprawianiu humanistyki oraz ich wyborem stoją określone przekonania światopoglądowe (zazwyczaj „milczące”, ukryte dla świadomości jednostki). Wybierając jakiś paradygmat, kierujemy się nie tylko jego „naukowością”, ale także (a może nawet przede wszystkim) określoną wizją świata, którą np. chcielibyśmy ocalić lub urzeczywistnić. Wybory naukowe mają zatem swoje podglebie w biografiach.

Zauważa ten fakt w swojej najnowszej książce pt. Ostatnie Królestwo. Szkice teologiczno-polityczne[1] Bartosz Jastrzębski. Ów fakt staje się widoczny przy okazji krytyki ujęcia nacjonalizmu Ernsta Gellnera, gdy autor stwierdza (za Andrzejem Walickim), iż konstruktywistyczne ujęcie w badaniu tejże problematyki wzięło się z jego doświadczenia biograficznego – autor Narodów i nacjonalizmu był migrantem, w związku z czym więcej wiedział o zmianach tożsamości niż o tożsamości odziedziczonej[2]. Takie to jednostki, mające problemy z własną tożsamością narodową, lękające się „mocnej” i głęboko zakorzenionej jej wersji, będą właśnie pisały o narodach w sposób, w jaki robi to Gellner oraz inni bliżej niesprecyzowani „konstruktywiści” (do wątku tego powrócę).

Nie wypowiadając się w trybie psychologizującym, lecz w trybie światopoglądowego umocowania danego spojrzenia badawczego (wychodzę z założenia, że drugi tryb zawiera w sobie pierwszy), warto zapytać – kontynuując ten interesujący wątek – jakież to zaplecze paradygmatyczne jest fundamentem myślowym Bartosza Jastrzębskiego? Tym zapleczem myślowym, pewnie dla wrocławskiego filozofa i kulturoznawcy będzie to zaskoczenie, jest strukturalizm. Proponuję zatem lekturę Ostatniego Królestwa poprzez ten paradygmat rządzący wyobraźnią jej Autora. Nie jest to w żadnej mierze zarzut, gdyż zarzutem nie może być coś, co jest nieuniknione, a nieuniknione jest wybieranie danego paradygmatu podpowiadanego przez doświadczenie życiowe (przyjmijmy takie założenie). Ponadto, tak z ręką na sercu, któż oparł się dyskretnemu urokowi strukturalizmu? Ma on w sobie istotny wymiar: otóż daje Pewność i Prostotę w odczytywaniu świata, możliwość wniknięcia w jego strukturę, dowiedzenia się wreszcie, jak jest naprawdę, umożliwia dotknięcie natury ludzkiego umysłu. Jak być dobrym strukturalistą? Uczyń świat dualistycznym, podziel go na opozycje. Ich obszerną listę znajdziemy bez problemu w książce Bartosza Jastrzębskiego. Wymienię jedynie część z nich:

konserwatyzm – liberalizm

konserwatyzm – totalitaryzm

prenowoczesność – nowoczesność

esencjalizm – anty-esencjalizm

kultura – anty-kultura

sztuka – anty-sztuka

kultura wysoka – kultura niska

Prawda – fałsz

obiektywizm – relatywizm

monarchia – demokracja

arystokracja – tłum

Autor (Bartosz Jastrzębski) – reszta świata

sztywność intelektualna – mody intelektualne

życie – Rozum

filozofia narodowa – anty-filozofia (od modernistycznej do postmodernistycznej)

Bóg – sekularyzacja

trwanie – zmienność

Europejczycy – post-Europejczycy

natura ludzka – wynaturzenie

istotowe – sztuczne (konstruowane)

Dobro – Zło

kiedyś/lepiej – dzisiaj/gorzej

Bóg – nicość

tradycja – wykorzenienie

wspólnota (narodowa) – jednostka

uwielbienie dla narodu polskiego – pogarda dla narodu polskiego

życie – śmierć

patriotyzm – wynarodowienie

Strukturaliści, jak przystało na dobrych przedstawicieli obiektywistycznego modelu poznania, wierzyli, że myślenie opozycjami jest po prostu wrodzone człowiekowi, dualizująca praca jest nieusuwalną częścią funkcjonowania ludzkiego umysłu. Najnowsze osiągnięcia etnologów wskazują, że myślenie opozycjami nie jest uniwersalne, gdyż nie występuje w społecznościach pierwotnie magicznych, których myślenie jest oparte na kategorii metamorfozy magicznej[3]. Ponadto poststrukturaliści, a następnie dekonstrukcjoniści, podkopali przekonanie, że istniejące opozycje są oczywiste i naturalne, gdyż jawią się one jako ustanowione, nie zaś odnalezione w świecie. Słowem: nie jesteśmy skazani na opozycje. Nie chodzi przy tym o to, żeby rezygnować z opozycji (ostatecznie rzecz biorąc, byłoby to bardzo trudne), ale – mając świadomość ich historycznej przygodności i kulturowego statusu – nieustannie reflektować, czy w za-danej postaci przynoszą naszemu społeczeństwu więcej pożytku niż szkody.

Wymienione opozycje są konstrukcjami autora, pod które podkłada on określone treści, wartościując je. Ma oczywiście do tego prawo, na tym wszak polega jego autorski wykład konserwatyzmu. Problem w tym, że – w moim przekonaniu – część z tych opozycji jest po prostu sztuczna, przez co rozumiem, że autor tworzy sobie wyimaginowany wizerunek wroga, tj. lewicowego liberała. Będę starał się argumentować na rzecz tezy, że można podzielać część przekonań Bartosza Jastrzębskiego, a tak jest moim przypadku, i nie koniecznie być konserwatystą. Można zatem dla dobra wspólnego zasypać przepaść pomiędzy obiema częściami powyższych opozycji, tj. pokazać, że więcej nas łączy, niż dzieli. To po pierwsze. Po drugie autor Ostatniego Królestwa bardzo pobieżnie oraz w dużej mierze niesprawiedliwie traktuje drugi człon wspomnianych opozycji, co wynika po części z braku doprecyzowania niektórych pojęć, co zaprezentuję na kilku przykładach.

Nim przejdę do rozwinięcia powyższych dwóch uwag względem książki Bartosza Jastrzębskiego, zależy mi na podkreśleniu jednej sprawy. Otóż nie chciałbym, aby mój polemiczny głos został odczytany przez Bartosza Jastrzębskiego ani też przez Czytelników tego tekstu jako licytacja złośliwych uwag, wzajemne siebie „obsobaczanie” coraz to wymyślniejszymi wyzwiskami, o których wspomina Autor[4]. Z lektury „tekstów mniejszych” Jerzego Kmity wyciągnąłem wniosek, że warto raczej polemizować z jakimś problemem, sposobem myślenia, nie zaś z osobą jako taką (choć i takie polemiki mają swoją wartość)[5]. Nawiasem mówiąc, takiej złośliwości nie uniknął w swojej książce sam autor[6]. Jako że uznaję niniejszy tekst jako koleżeńską wymianę zdań pomiędzy instytutowymi (współ)pracownikami, proponuję dać sobie przyzwolenie jedynie na ironię.

Celem moich uwag jest pokazanie, że nie musimy myśleć o wielu kwestiach tak mocno zarysowanymi opozycjami, jak czyni to Bartosz Jastrzębski. Możemy, rzecz jasna, tak robić, ale zamyka to de facto dyskusję, wzajemne przekonywanie siebie, słowem – zaczynamy przyjmować model dowodzenia, a zapominać o modelu perswazji, nie mówiąc już o tym, że faktycznie zaczynamy zamieszkiwać dwa światy. Chodzi mi zatem o coś więcej – o poszukiwanie porozumienia, które, już na początku książki, autor odrzuca, mówiąc, że pomiędzy naszymi światami nie ma żadnej współmierności, gdyż „[…] operujemy w obrębie innych horyzontów światopoglądowych i aksjologicznych”[7]. Nieco później autor Ostatniego Królestwa wspomina, co prawda, o próbach i poszukiwaniach mających na celu pogodzenie tradycji i nowoczesności[8], ale nie znajduję w książce realizacji tych zamierzeń. Wniosek, jaki więc wyciągam, jest taki, że nie jest możliwe takie porozumienie – jesteśmy, jak mówi Bartosz Jastrzębski, nieuleczalnie skazani na ten społeczno-polityczny dualizm[9]. I tutaj docieramy do sedna: myślowy strukturalizm Bartosza Jastrzębskiego nie tylko jest podyktowany psychologicznie uwarunkowanym poszukiwaniem Pewności i Prostoty (każdy z nas jakiejś dozy pewności potrzebuje), ale przede wszystkim, i to mnie interesuje najbardziej, jest on uwikłany w aktualne spory społeczno-polityczne tak głęboko, że uniemożliwia wyjście poza dwa zwalczające się obozy, tj. obóz konserwatywny oraz obóz lewicowo-liberalny.

W czym się z Bartoszem Jastrzębskim zgadzam?

W zasadzie zgadzam się z nim w jednym – w krytyce tego, co nazywa „liberalizmem wolnorynkowym”, a co tak naprawdę jest libertarianistyczną w filozoficznych założeniach ekonomiczną doktryną neoliberalną. To ona uzyskała moc regulacyjną kultury, co uznaję za katastrofę społeczną. Krytyka neoliberalizmu w literaturze nauk społecznych jest tak dojmująca, że chyba nikt, oprócz bezkrytycznego jego wyznawcy, Leszka Balcerowicza, nie mógłby obstawać przy tezie, że jest on bezproblemowym dobrem. „Antropologia neoliberalizmu”, by posłużyć się tytułem polskiego zbioru artykułów na ten temat[10], wskazuje wyraźnie, jak wielkie spustoszenie przynosi poddanie wszelkiej ludzkiej działalności regułom rynkowym, jak płytki staje się utowariowiony świat, jak bardzo on nie służy naszemu społeczeństwu i nam wszystkim. Podpisuję się pod każdym zdaniem krytyki ideologii neoliberalnej, jaką przedstawił Bartosz Jastrzębski. Każdy, kto mnie zna, wie, że niczego tak nie cierpię jak neoliberalizmu. Nic nie jest mi bardziej obce, zapewniam. Ale nie powoduje to jednak w mojej świadomości jakiegoś zwrotu ku przeszłości, szczególnie w jej nieco wyidealizowanej postaci, jak ma to miejsce w przypadku Bartosza Jastrzębskiego. Co więcej, istnieje szereg liberałów, którzy dogłębnie krytykują neoliberalizm właśnie z pozycji liberalnych (w Polsce najlepiej robi to od lat już Andrzej Szahaj[11]). W tym sensie neoliberalizm to wypaczenie klasycznego liberalizmu (warto choćby przypomnieć, że John Stuart Mill, ojciec liberalizmu demokratycznego, dopuszczał zasiłki dla ubogich). To, o czym pisze Bartosz Jastrzębski, tj. o moralnej degeneracji polityków, zagarnianiu coraz większych przestrzeni demokratycznych przez wielkie korporacje, krępowanie wolności, przewidział dawno temu już Mill, który dostrzegał, że systemy demokratyczne mogą się przekształcać w „dyktatury większości”. W odróżnieniu jednak od Bartosza Jastrzębskiego sformułował szereg dyrektyw naprawczych i postulatów mających na celu ograniczenie owego przekształcenia (wiele z nich pozostaje w mocy). Można zatem być liberałem i krytykować neoliberalizm, nie trzeba ex definitione stawać się konserwatystą. Jest tak dlatego, że nie ma jednego liberalizmu i z tego względu nie można tworzyć opozycji konserwatyzm – liberalizm bez żadnego dopowiedzenia, jak się go pojmuje i o jakiej jego wersji się mówi. Należy pamiętać, że kapitalizm ma różne swoje „kultury”, różne twarze, począwszy od twarzy mocno socjalnej po neoliberalną właśnie. Nie jestem za odrzuceniem kapitalizmu, ale za jego socjalną korektą, wyrównaniem szans, sprawiedliwością społeczną, ochroną pracownika etc. Bartosz Jastrzębski, jak się zdaje, chce w ogóle odrzucić kapitalizm. Tylko jeśli nie on, to co? W takim ujęciu staje się także jasne, że nie można odrzucić całkowicie, słusznie krytykowanego przez Bartosza Jastrzębskiego, konsumpcyjnego stylu życia (nie ma kapitalizmu bez konsumpcjonizmu), chodzi jedynie o jego skalę, którą powinniśmy utrzymywać na minimalnym poziomie gwarantującym trwanie kapitalizmu, a nie wciąż dmuchać w balonik nieustannego kupowania.

Zgadzam się także z Bartoszem Jastrzębskim wtedy, gdy mówi o zbyt daleko idącym dezawuowaniu polskości i patriotyzmu. Wyśmiewaniu go jako przeżytku, gardzeniu własną historią. Choć irytuje mnie nieco mesjanistyczny ton jego opisu, o przywoływaniu Jungowskiej koncepcji archetypów nie wspominając (psychologię analityczną uznaję za typowe „czarnoksięstwo humanistów” w rozumieniu Kmity), to podzielam przekonanie wrocławskiego filozofa i kulturoznawcy, iż szacunek do historii jest istotny. Niebagatelną rolę w tym porozumieniu pomiędzy nami odgrywa fakt, iż przodkowie mojej Rodziny brali udział w Powstaniu Wielkopolskim (w Poznaniu jest nawet ulica Braci Rydlewskich, którzy wymieniani są obok Hipolita Cegielskiego) oraz Powstaniu Warszawskim (zginął w nim mój imiennik, Michał Rydlewski, pseudonim „Michciu”). Mam więc, mówiąc pół-żartem, pół-serio, dobrą kartę historyczną, co jednak nie powoduje mojego arefleksyjnego podejścia do historii i gloryfikowaniu wszystkich Polaków w ogóle. Uważam, że należy rzetelnie, z uwzględnieniem standardów metodologicznych oraz kontekstu społecznego, przyjrzeć się także ciemnym kartom naszych dziejów.

W czym z Bartoszem Jastrzębskim się nie zgadzam?

Ze względów objętościowych wymienię tylko jeden obszar jego namysłu, który budzi mój sprzeciw. To jego esencjonalistyczna krytyka demokracji. Przywołując idee Mariana Zdziechowskiego oraz powołując się tu i ówdzie na Platona, Bartosz Jastrzębski stawia tezę – popularną wśród wielu umysłów konserwatywnych – iż demokracja jest z istoty swojej systemem niemoralnym i prowadzącym do kulturowej degeneracji[12]. Demokracji zarzuca więc w zasadzie autor Ostatniego Królestwa wszystko: upadek obyczajów, torowanie drogi oszustom, awanturnikom i tyranom, promocję ludzi miernych i podłych, dewastację tkanki społecznej dzięki szerzeniu niczym nieograniczonej wolności i etycznych eksperymentów, upadek wartości, brak autorytetów, promocję kumoterstwa i prywatę, relatywizację poznaczą i moralną, rolę służebną wobec wielkiego kapitału. Słowem – demokracja zamienia kulturę w cywilizację, co skutkuje zwycięstwem zimnego, praktycznego rozsądku, zagaśnięciem wielkiej sztuki, wielkich systemów myślowych, sceptycyzmem w filozofii i gadulstwem w polityce.

Nie sposób podjąć polemiki ze wszystkimi ocenami pod adresem demokracji, które nie są poparte żadną argumentacją, żadnymi przykładami, nie mówiąc już o zastanawiających tezach o „niczym nieograniczonej wolności”. Odnoszę wrażenie, że Bartosz Jastrzębski diagnozuje demokrację, mając za przykłady wypaczenia i patologie niewątpliwie w demokracji się zdarzające. Tyle tylko, że taki obraz jest jednostronny, a przez to upraszczający. Poza tym wiele z tych zarzutów można by odnieść także do innych ustrojów, także monarchii dynastycznej, której zwolennikiem jest wrocławski dziennikarz i kulturoznawca.

Należy jednak zapytać o genezę tak ostrej noty wystawianej demokracji: z czego ona wynika? Ano z tego, że Bartosz Jastrzębski, podobnie jak wielu konserwatystów (świetnym przykładem jest inny konserwatysta kręgu akademickiego – Piotr Nowak[13]) ledwie skrywa swoją pogardę dla tłumu, ludu, masy, tłuszczy etc. Zakłada on esencjalnie, że nie posiadający rozumu tłum zawsze jest głupi, nierozgarnięty, ciemny, emocjonalny, populistyczny, myślący żołądkiem, a nie kierujący się prawdziwymi wartościami. Tłum, jako że składa się z ludzi niewybitnych, lubi „błyskotki” (świecące paciorki i kolorowe koraliki), którymi można go przekupić, aby dobrze się bawił, zamiast myśleć. Problemy z takim esencjalnym ujęciem są dwa. Po pierwsze: co to jest „tłum”? Jakie jest odniesienie przedmiotowe pojęcia „tłum”? Po drugie: (załóżmy żeśmy przyjęli jakąś definicje „tłumu”, np. w duchu Gustave LeBona) nie ma żadnych danych pozwalających wyrokować, iż tłum, zawsze, z istoty swojej, jest głupi. Mogę ewentualnie przyjąć, że w pewnych okolicznościach społecznych, momencie historycznym tłum zachowuje się w dany sposób, co można wartościować jako zachowania jakiegoś typu, np. populistycznego (choć to także kwestia skomplikowana).

Trudno mi zaakceptować tezę, iż we współczesnych dojrzałych demokracjach tłum jest głupi (a tłum jest głupi zawsze wedle esencjalisty krytykującego w takim ujęciu demokrację). Dochodzi przecież do zmian rządów, wymiany polityków, formułowania nowych koncepcji i planów ekonomicznych etc. Rok temu w Polsce do władzy, na drodze demokratycznych wyborów, doszła partia światopoglądowo konserwatywna. Jak to się ma do tez stawianych przez Bartosza Jastrzębskiego? Tłum okazał się intelektualnie i moralnie upośledzony? Masa prostaków i niewykształconej hołoty, moherowych beretów i patologii wybrała nową władzę? Tak widzi to część dzisiejszej opozycji, która głęboko pogardza tą częścią polskiego społeczeństwa, nie rozumiejąc, dlaczego Platforma Obywatelska poniosła zasłużoną porażkę (to temat na osoby tekst). Nie chce mi się wierzyć, że Bartosz Jastrzębski myśli podobnie. Podobne przykłady można mnożyć, sięgając do historii.

Na koniec tego wątku jeszcze tylko dwie uwagi w obronie wad demokracji przywołanych przez Bartosza Jastrzębskiego. Pierwsza z nich dotyczy jego twierdzenia, iż panowanie demokracji to zmierzch polityki, gdyż „[…] wycofuje się ona z kolejnych obszarów życia społecznego w obliczu agresywnych działań międzynarodowej finansjery. Demokratycznie wybrani politycy, tyle warci, co ich elektorat, nie są w stanie oprzeć się pokusie subtelniejszych rodzajów korupcji, opłacanej sowicie podległości interesom ekonomicznym wielkich międzynarodowych graczy i ponadnarodowych graczy”[14]. Na tym przykładzie można zauważyć, jak patologię (zdemoralizowanych polityków) traktuje się jako esencjalną cechę demokracji. Tak nie musi być, tj. demokracja nie musi służyć ani nawet przegrywać wyścigu z międzynarodowym kapitałem, który jest dla niej śmiertelnym zagrożeniem. Działania nowego polskiego rządu idą przecież właśnie w tę stronę, gdyż nie zgadza się on na uprzywilejowane miejsce podmiotów zagranicznych i nie daje przyzwolenia na „wypompowywanie” pieniędzy z naszego kraju. A zatem: demokracja działa. Podobnie jak Bartosz Jastrzębski cenię Mariana Zdziechowskiego (moją nieustającą sympatię budzi książeczka O okrucieństwie), ale nie zawsze jest tak, wbrew temu, co twierdzi Jastrzębski, że wcześniejsi wiedzieli lepiej.

Druga dotyczy tych, którzy rozwijaliby kulturę, a nie ulegali demokratycznemu porządkowi, czyli intelektualnej i moralnej arystokracji. Demokracja zdaniem Bartosza Jastrzębskiego „[…] wyznacza […] kres kultur arystokratycznych”, gdyż jest oparta na z natury niekulturalnym „podmiocie zbiorowym”[15]. Jego zdaniem rozwój kulturowy stymulują przecież wyłącznie jednostki ponadprzeciętne, wybitne, niezależnie myślące, słowem – „indywidualności wyższe”. Jakie to jednostki? To ludzie ze „zdrowym umysłem” i „sercem prawym”, w tym ludzie wykształceni, utalentowani, obdarzeni poczuciem honoru i odpowiedzialności. To oni mają rządzić, a nie głupi tłum złożony z ludzi niewybitnych.

W tym miejscu docieramy do kolejnego, fundamentalnego przekonania charakterystycznego dla wielu konserwatystów: ludzie nie są sobie równi[16]. Nie są sobie równi pod względem inteligencji, talentu, moralności, piękna, pracowitości etc. Na tej błędnej przesłance opiera się demokracja, która zrównuje wszystkich w ich prawach społeczno-politycznych, w tym np. w prawach wyborczych. „Ludzka głupota i zło stanowią codzienną treść naszego doświadczenia – a mimo to owym złym i głupim przypisujemy pełnię praw”[17]. Nie wchodząc w głębszą analizę filozoficzną, powiem jedynie, że o ile łatwiej zdefiniować zło, o tyle trudniej głupotę, co wynika z tego, że jest ona zazwyczaj przypisywana wszystkim inaczej niż my myślącym. Jestem pewien, że za głupich uważa Bartosz Jastrzębski np. lewicujących profesorów X i Y, a za mądrego np. konserwatywnego profesora Z. Czy winno im się odebrać prawo do głosowania? Ponadto: dlaczego zdaniem Bartosza Jastrzębskiego to wykształcenie ma mieć jakieś wyróżnione znaczenie? Pomijając fakt, że w dużej mierze ludzie wykształceni głosują na partie liberalne (czy też na takie się kreujące), to należy odnotować, że sposób myślenia autora Ostatniego Królestwa jest oparty na wykluczeniu i de facto upokorzeniu klas niższych, które często nie mają szans uczestniczyć inaczej, niż dzięki demokracji, w życiu społecznym. Dobry monarcha zadba o swych poddanych – mógłby argumentować Bartosz Jastrzębski. Pewnie, mógłby. A jak nie? Czy to od jego chwilowego kaprysu ma być uzależnione życie poszczególnych jednostek oraz jakość tego życia w poszczególnych klasach i grupach społecznych? Wiemy przecież z ustaleń historycznych, że monarchowie dopuszczali się rzeczy strasznych i to nie tylko w odniesieniu do jednostek, ale i poszczególnych grup społecznych.

Demokracja to nie tylko wybory raz na cztery czy pięć lat, ale swoista forma społecznego życia powiązana z wieloma elementami (np. edukacją), która jest – moim zdaniem – relatywnie lepsza od innych form. Dlaczego? Dlatego, że nie wyklucza. Jestem gotów zaakceptować tezę, że ludzie nie są sobie równi pod pewnymi względami, ale – i to jest dla mnie ważne – mają tę samą godność, którą im nadajemy jako nowonarodzonym członkom naszej ludzkiej wspólnoty. Odbierając im prawo stanowienia o sobie, odbieramy im godność, co w ostateczności sprawia, że głupsi są jeszcze głupsi, a źli jeszcze bardziej źli. To o równości w godności i równości w prawach mówi deklaracja praw człowieka, a nie równości inteligencji. Oczywiście, prawa człowieka (wspomina także o nich w książce Bartosz Jastrzębski) są konstruktem kulturowym kultury zachodniej, nie ma bowiem niczego w naturze, czego wcześniej nie byłoby w kulturze. Konstrukcje kulturowe nie są jednak – jak sugeruje w kilku miejscach książki Bartosz Jastrzębski – iluzjami. Po to żeśmy je wymyślili, żeby stały się kawałkiem naszej rzeczywistości społecznej, co się udało, gdyż udało się rozszerzyć granice moralne obejmujące każdego człowieka.

Warto także podkreślić, iż – paradoksalnie – Bartosz Jastrzębski proponuje coś, co tak bardzo mu przeszkadza w nowoczesności: kult jednostki, indywidualizm, i to indywidualizm, na który mogą sobie pozwolić tylko wybrańcy, a mniej zdolna reszta ma siedzieć cicho. Jak sobie wyobraża autor Ostatniego Królestwa życie społeczne w tak podzielonym społeczeństwie, doprawdy nie wiem.

Na koniec zauważę tylko jeszcze jedną kwestię. Autor Ostatniego Królestwa twierdzi, że w demokracji nie powstaje wielka sztuka, co po części wynika z tego, że demokracja niszczy talenty, „równa w dół”, uziemia wybitne jednostki. Sztuką dla Bartosza Jastrzębskiego jest np. wspomniane przez niego malarstwo dawnych wieków. Kłopot w tym, że nie można porównywać ahistorycznie, tzn. nie można mówić, że dzisiaj nie ma wielkiej sztuki, gdyż nie uprawia się jej tak jak kilkaset lat temu. Kanon tego, co sztuką jest, a co nie jest, zmienia się – relatywizm jest nieunikniony, co jednak nie powoduje, że nie mamy do czynienia ze sztuką w ogóle. Jeśli wziąć pod uwagę dzisiejsze, po części ukształtowane przez nurt postmodernistyczny kanony estetyczne, to z przekonaniem mogę stwierdzić, że część z nich, np. dzieł filmowych, są wielką sztuką (uważam za taki film np. Bękarty wojny, który jest erudycyjnym esejem o sztuce).

Przejdę teraz do trybu ogólniejszego.

Fundamentalny problem, jaki mam z książką Bartosza Jastrzębskiego, polega na tym, że – tak jak  ma to miejsce w przypadku demokracji – buduje on wynaturzone w dużej mierze obrazy. Ponadto esencjalizuje je, nie zdając sobie sprawy, że przyjmuje bardzo skrajne interpretacje.

Bartosz Jastrzębski otwarcie przyznaje się do przynależności do „obozu konserwatywnego”, a książkę należy odczytywać jako deklarację światopoglądową względem prywatnego obrazu konserwatyzmu, jaki proponuje nam autor („[…] o tym właśnie obozie jest ta książeczka, o tym, jak można go rozumieć i dlaczego rozumieć go w ogóle warto”[18]). Kłopot w tym, że książka Jastrzębskiego jest nie tylko o tym obozie, ale także o tym drugim, przeciwstawnym, czyli liberalnym, „lewicowo-liberalnym”, demokratycznym, relatywistycznym, nowoczesnym, konsumpcjonistycznym. Pisząc o jednym, Jastrzębski pisze zarazem o drugim, aby opisać swój obóz, przedstawia nam obraz drugi. I nie ma w tym nic złego, problem w tym, że obraz drugiego członu opozycji jest – w moim głębokim przekonaniu – ogromnie niesprawiedliwy, a w ostateczności nietrafny i fałszywy.

Jest tak z dwóch powodów.

Po pierwsze Jastrzębski buduje obraz tego obozu z różnych, przejaskrawionych elementów. W świetle jednak tego, jak przedstawia obraz „lewej strony” Bartosz Jastrzębski, muszę się w niej jawić jako człowiek pozbawiony jakichkolwiek wartości (uważa on, jak zdecydowana większość konserwatystów, że, jeśli nie wyznaje się wartości obiektywnych, nie wyznaje się żadnych, przy czym owa obiektywność jest dekretowana przez konserwatystów), bezguścia niepotrafiącego docenić prawdziwej sztuki (jakiegoś „Kiczo-gościa”), kapitalistę zapatrzonego w mamonę nieczułego na biedę innych, gardzącego historią własnego narodu, za nic mającego religię i pochwalającego bezmyślny marsz sekularyzacji, człowieka chcącego „zabawić się na śmierć” w rytmach ogłuszającej i ogłupiającej muzyki, żyjącego tylko „tu i teraz”, gadżeciarza, dla którego wyznacznikiem statusu społecznego i tożsamości jest posiadanie najnowszego smartfona („mieć zamiast być”), w głębokiej pogardzie mającego metafizykę i etykę. Słowem: przedstawiam się jako ktoś, kto chce się tylko „nachlać, nażreć i wyspać”, by przywołać postać cytowanego kloszarda.

Cały problem w tym, że taki nie jestem, a jednocześnie nie nazwałbym siebie konserwatystą. I tak sypie się opozycja konserwatyzm – liberalizm. Tak jak serce Bartosza Jastrzębskiego bije po prawej stronie[19], tak moje bije po lewej (socjaldemokratycznej, anty-neoliberalnej). Nie przeszkadza nam to jednak wyżej cenić stare kościoły i cmentarze od galerii handlowych.

Po drugie, jak już zasygnalizowałem powyżej, nie ma jednego liberalizmu i wie o tym każdy, kto przeszedł porządny kurs filozofii polityki (analogicznie jak nie ma jednego konserwatyzmu). Spora część zarzutów wobec liberalizmu, jakie stawia mu Jastrzębski, dotyczą tylko niektórych wersji liberalizmu. Niektóre z nich mają świadomość uwikłania jednostki w swoją wspólnotę i w związku z tym pytają o kształt owej wspólnoty, o to, jak jednostka ma się w niej „urządzić” ze swoim poszukiwaniem wolności[20]. Bartoszowi Jastrzębskiemu nie tylko zdarza się mieszać różne kwestie, ale co najważniejsze, robi to z małą precyzją myślową. Przykładem niech będzie ulubiony chłopiec do bicia sporej części konserwatystów i przeciwników postmodernizmu w filozofii – Richard Rorty. To amerykańskiego neopragmatystę przywołuje w swojej wypowiedzi Roger Scruton, cytowany z aprobatą przez Bartosza Jastrzębskiego. Zdaniem Scrutona opisującego lewicową anty-kulturę „[z]amiast obiektywizmu mamy tylko «intersubiektywizm», innymi słowy konsensus. Prawdy, sensy, fakty i wartości uchodzą dziś za negocjowane. Najdziwniejsze jest jednak to, że mętnemu subiektywizmowi towarzyszy energiczna cenzura. Ci, którzy zastępują prawdę konsensusem, szybko zaczynają odróżniać konsensus prawdziwy od fałszywego. I tak konsensus zakładany przez Rorty’ ego, w jego aktualnej wersji pragmatyzmu, rygorystycznie wyklucza wszelkich konserwatystów, tradycjonalistów i reakcjonistów. Mogą do niego należeć tylko liberałowie, tak jak tylko feministki, radykałowie, działacze gejowscy i antyautorytaryści mogą stosować dekonstrukcję, tak jak tylko przeciwnicy «władzy» mogą używać Foucaultowskich technik moralnego sabotażu i tak jak tylko «multikulturaliści» mogą się posługiwać Saidowską krytyką wartości oświeceniowych. Nasuwa się nieodparty wniosek, że subiektywizm, relatywizm i irracjonalizm głoszone są nie po to, aby dopuścić wszystkie opinie, lecz wprost przeciwnie, aby wykluczyć opinie ludzi, którzy wierzą w dawne autorytety i obiektywne prawdy”[21]. „A kiedy już wszystkie wartości – kontynuuje myśl Scrutona Bartosz Jastrzębski – zostaną w ten sposób podważone i zrelatywizowane, wtedy okazuje się – i oto prawdziwa wisienka na torcie – na arenie dziejów pozostaje jeszcze jeden niepokonany zawodnik: pieniądz”[22]. Autor Ostatniego Królestwa uważa Rogera Scrutona za myśliciela głębokiego i poważnego. Przyznam, że nie czytałem jego książek, ale cytowany fragment mnie do tego nie zachęca, gdyż zamiast „głębokości” (cokolwiek ona oznacza w filozofii) wolę rzetelność, a ten fragment z pewnością rzetelny nie jest. Nie znajduję miejsca w pismach Rorty’ ego, w których rygorystycznie by kogokolwiek wykluczał czy „milcząco” odróżniał od siebie wspomniane dwa konsensusy. Kwestia intersubiektywizmu jest jedną z istotniejszych we współczesnej filozofii języka (by wymienić tylko W. V. O. Quine’ a czy D. Davidsona), nie wspominając już o jej komunikacyjnej roli w humanistyce (J. Kmita). Także kwestia relatywizmu jest znacznie bardziej skomplikowana, gdyż amerykański neopragmatysta nadał nowy sens pojęciu „etnocentryzmu”, które zbliża go do postawy realizmu wewnątrzkulturowego w rozumieniu Jerzego Kmity. Ponadto Scruton, a za nim Bartosz Jastrzębski, przyjmują potoczne rozumienie relatywizmu (generalnie uważam, że konserwatyzm ma tendencję do mieszania porządków zdrowego rozsądku z innymi wymiarami, co skutkuje poznawczym paraliżem). Polega ono na tym, że jeśli stwierdzi się relatywność jakiegoś faktu, wartości, sensu etc., to natychmiast przestaje on obowiązywać. Tak nie jest, za czym szerzej argumentowałem w innym miejscu[23]. Powiem jedynie, że stwierdzenie kulturowego statusu jakiegoś przekonania wcale nie anuluje jego ważności – jest tak tylko dla tych, którzy myślą opozycją typu: „albo Prawda, albo nic” oraz traktują kulturę jako „jedynie”, „tylko” kulturę mając nadzieję na dokopanie się do tego, co pod nią się znajduje. I zapewniam: nic nie było bardziej obce Rorty’emu niż kult pieniądza (wystarczy się zapoznać z jego książkami). Nie wiem, jak niektórzy konserwatyści mogą atakować filozofa, którego obsesją była ludzka solidarność, poszerzanie wyobraźni moralnej, poezja i miłość.

Moim zdaniem Bartosz Jastrzębski świadomie karykaturalnie obrazuje „lewą stronę”, co wynika z faktu, iż porównuje wybrane przez siebie elementy w sposób ahistoryczny. Oto przykład.

Kiedyś było lepiej, mówi Jastrzębski, co widać chociażby na przykładzie edukacji, gdyż dzisiejszy magister, a nawet doktor, nie mógłby konkurować „[…] nie miałby najmniejszych nawet szans w starciu z przedwojennym maturzystą”[24]. Jeśli dobrze rozumiem intuicje autora, chodzi mu o to, że obie jednostki, dajmy na to filozofowie, nie dysponują takim samym kanonem wiedzy: jeden jest dużo bardziej oczytany, niż drugi. Problem w tym, że kanon lektur filozoficznych (i lektur w ogóle) się zmienia. Myślę, że obaj z autorem byliśmy świadkami tego, jak ten kanon się rozmywa, jak powstają „gatunki zmącone”. Podejrzewam, że dla autora owe rozmycie byłoby wartościowane negatywnie, tj. jako pokalanie filozoficznej „dobrej roboty”. Mnie z kolei owe rozmycie nie przeraża ani poznawczo nie paraliżuje. Nie wiem, jaką wyznaczyć by tutaj historyczną datę, ale niewątpliwy był wpływ francuskiego poststrukturalizmu, chodzi o to, że granice dyscyplinarne się zacierają, refleksja antropologiczna stała się właśnie kanoniczna, co przeorientowało zajmowanie się pytaniami filozoficznymi (stały się one pytaniami zakorzenionymi w kulturze), zmieniło się nastawienie względem materiału filozoficznego, przestał on być materiałem ukazującym świat sam w sobie, a stał się np. stworzonym pod kątem kultury pisma (vide Kant). Uważam to za ciekawe. Filozofowie zaczęli się pomiędzy sobą po prostu bardzo różnić w sposobie uprawiania filozofii. Sam autor Ostatniego Królestwa także jest tego przykładem.

Mogę zbudować tysiące takich upraszczających, akontekstowych porównań. Oto kilka z nich. Jeszcze do niedawna „leczono” homoseksualizm elektrowstrząsami, dzisiaj homoseksualizm nie jest uznawany za chorobę i jest traktowany jako jedna z orientacji seksualnych. Wniosek: dzisiaj jest lepiej (ludzie nie cierpią przez coś, co jest prawdopodobnie od nich niezależne). W średniowieczu śmiertelność noworodków była nieporównywanie większa, niż jest dzisiaj. Wniosek: dzisiaj jest lepiej (mniej ludzi umiera). Czy na podstawie takiego wycinka nie da się uogólniać na taką skalę? Fakt, że Bartoszowi Jastrzębskiemu podobają się i wzbudzają w nim marzycielski stan obrazy dawnej sztuki, nie oznacza jeszcze, że kiedyś było lepiej – lepiej tak w ogóle. Rozumiem indywidualny tryb takiej wypowiedzi (choć nie jestem zwolennikiem „wczuwania” się w humanistyce), ale ma ona niewiele wspólnego z szerszym ujęciem historycznym. Wątpię, czy świat średniowieczny był, jak pisze autor, delikatniejszy i subtelniejszy, jeśli wziąć pod uwagę „wychowanie do przemocy” opisane przez historyków[25]. Myślenie Jastrzębskiego jest właściwie magiczne: część (wybrana przez niego) reprezentuje całość (daną epokę). Cały problem polega na tym, że Bartosz Jastrzębski nie precyzuje swojego punktu widzenia, gdyż uważa, jak każdy obiektywista, że jego punkt widzenia jest Boskim Punktem Widzenia (korzystam tutaj z określenia Hilarego Putnama, lecz w kontekście książki Bartosza Jastrzębskiego termin ten nabiera nie-metaforycznego znaczenia).

Idźmy dalej. Bartosz Jastrzębski dużo wyżej ceni dawną filozofię, niż filozofię współczesną[26]. Ma do tego prawo, ale pojawiają się pytania, na które brakuje odpowiedzi w książce: na podstawie jakich kryteriów wystawia tak złą notę? Na jakiej płaszczyźnie myślowej mam odmówić racji „późnemu” Wittgensteinowi w porównaniu z Platonem? Aby odrzucić jednego filozofa, a docenić drugiego, musimy przemieszczać się po tej samej płaszczyźnie, a tej brakuje, gdyż Wittgenstein zajmował się problemami filozoficznymi jako problemami językowymi, a tego brakuje u Platona w takiej skali. Przyjmując taki punkt widzenia, można właściwie powiedzieć, że filozofia się skończyła wraz z Kartezjuszem i Kantem. Jest to teza, delikatnie mówiąc, kontrowersyjna.

Podobnie jest z przywołanym konstruktywizmem. O jakim konstruktywizmie mówi Bartosz Jastrzębski? Jest wiele konstruktywizmów i nie każdy z nich jest ahistoryczny, jak mówi autor Ostatniego Królestwa. Wręcz przeciwnie, o czym świadczy chociaż cała tradycja konstruktywizmu społecznego opracowana w poznańskiej szkole kulturoznawczej (z wykorzystaniem kulturalistycznych idei Floriana Znanieckiego na czele). Bartoszowi Jastrzębskiemu to jednak nie przeszkadza: wszystko ląduje w jednym worku bliżej nie sprecyzowanego „konstruktywizmu”.

Bartosz Jastrzębski za Jackiem Bartyzelem (moim zdaniem Mistrzem niesprawiedliwości w ocenie liberalizmu) zrównuje liberalizm i totalitaryzm. Toruński krytyk demokracji pisze: „Tak jak w demokracji, również w totalitaryzmie wszyscy ludzie są równi, z tą tylko różnicą, że jeśli równość demokratyczna polega na niezróżnicowaniu prawa głosu podczas wyborów, to w totalitaryzmie zasadza się ona na jednomyślności posłuszeństwa wobec rozkazów dyktatora, będącego «mistycznym» wcieleniem zaabsorbowanej przez niego woli zbiorowej”[27]. Ręce opadają na takie porównanie. Owe „tylko” robi kolosalną różnicę. Wszystkie koty, oprócz białego konserwatywnego, stają się czarne. Czy naprawdę nie widać różnicy pomiędzy liberalizmem światopoglądowym a totalitaryzmem? Proponuję przenieść mieszkańca Korei Północnej do Niemiec i zapytać go o to, czy te dwa światy choć nieco się różnią. Ponadto: jeśli zrówna się liberalizm z totalitaryzmem, to wtedy, kiedy naprawdę będziemy mieli do czynienia z tym drugim, pozostaniemy myślowo sparaliżowani – jeśli wszystkie koty są czarne, to jedne nie są bardziej czarne niż inne.

To, co chciałbym zaproponować, to nie tylko weryfikacja niektórych opozycji, ale ich odrzucenie, gdyż w dużej mierze są szkodliwe dla naszego pokojowego współistnienia w ramach jednego społeczeństwa.

Bartosz Jastrzębski twierdzi następująco: nasz społeczny świat jest dualistyczny, gdyż ujawnił się w nim ostry spór pomiędzy tymi dwoma obozami i każdy z nas nie ma wyboru: musi się zadeklarować po której stronie jest, gdyż po prostu taki jest ten świat i nic tutaj nie pomoże „gdybanie”[28], „[…] kiedy o proste rzeczy pytają”[29]. „Nieraz tak właśnie bywa w polityce i trzeba to przyjąć mężnie”[30]. Otóż chciałbym zadeklarować cztery rzeczy. Po pierwsze, niczego nie muszę. Po drugie, dlaczego to, co dzieje się w polityce, ma być wzorem chociażby dla dyskursu humanistycznego? Podzielony dyskurs polityczny wyznaczył w dużej mierze opozycyjne myślenie wrocławskiego filozofa. Ponadto warto odnotować, że co innego polityka, szczególnie ta w Warszawie czy Brukseli, a co innego życie wielu obywateli, którzy nie identyfikują się z żadną ze stron. W tym sensie – moim zdaniem – książka Bartosza Jastrzębskiego przekonuje już przekonanych (do obozu prawej strony, konserwatyzmu), gdyż nie odwołuje się do żadnych wątpliwości „ludzi pomiędzy”. Po trzecie, „gdybanie”, które rozumiem tutaj jako „dzielenie włosa na czworo”, czy mówiąc filozoficznie, jako przyjęcie postawy sceptycznej, jest ogromnie nam wszystkim potrzebne. Teraz nawet bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Po czwarte, nic nie jest proste ze swojej natury, szczególnie sprawy światopoglądowe. Bartosz Jastrzębski, odnosząc się do „dwóch światów”, w jakich znajduje się podzielona kultura zachodnia, oraz do sporów toczonych wewnątrz naszego społeczeństwa, ma nadzieję, „[…] iż polemiczny ogień debat jest – w ostatecznym rozrachunku – płomieniem oświecającym i oczyszczającym zarazem. Pewności jednak nie mam”[31]. Ja też jej nie mam, ale wiem, że to właśnie my humaniści powinniśmy tworzyć płaszczyznę porozumienia, a to się nie udaje, jeśli głosi się swoje poglądy głosem niemalże manichejskiego kaznodziei. Można pouczać innych, ale od tego chyba nie jest humanistyka.

Zdecydowanie bliżej mi do tez Andrzeja Szahaja, który w artykule pt. Pochwała sceptycyzmu[32] celnie zauważa, iż popadliśmy w naszej debacie społeczno-politycznej w ogromnie upraszczające myślenie dualistyczne. Skutkuje ono m.in. tym, że wszystko stało się proste (kiedy jest skomplikowane), że od razu wrzucamy siebie w różne worki z etykietami typu „konserwatysta”, „liberał” etc. Sprawia to, że nasza przestrzeń wymiany myśli staje się płytka intelektualnie, schematyczna, pozbawiona wrażliwości na nowe idee i uniemożliwiająca wyjście poza bieżące spory (zawsze już opozycyjnie sprofilowane). Książka Bartosza Jastrzębskiego przyczynia się niestety do utrzymania tego stanu rzeczy.

Co więcej, i to uważam za bardzo niebezpieczne, jest ona swoistym zaproszeniem do przemocy, tj. zastąpieniem rozmowy i wzajemnego siebie przekonywania argumentem siły. Owe zaproszenie do przemocy odnajduję we fragmentach książki poświęconych Josephowi deMaistre (hrabiemu rzecz jasna). Konserwatywny filozof stworzył figurę Kata, czyli kogoś, kto będzie gotów z całą bezwzględnością egzekwować orzeczenia władz duchowej i świeckiej oraz utrzymać niezbędny wobec nich respekt. Tylko Kat jest „[…] w stanie zapanować nad wzburzonymi rewolucyjnym «filozofizmem», a przez to rozzuchwalonymi, agresywnymi i odrzucającymi odwieczne reguły życia masami społecznymi”[33]. Z aprobatą przywołuje Bartosz Jastrzębski Bogdana Szlachtę, który stwierdza, iż, aby wspólnota mogła istnieć, musi istnieć instytucja zdolna nakłonić jednostkę do przestrzegania zasad pod groźbą zastosowania sankcji przymusu fizycznego[34]. Przyznam, że w kontekście zachodniego, współczesnego społeczeństwa demokratycznego taka myśl brzmi złowrogo. Jako etnolog mogę opisać takie instytucje eliminacji, często fizycznej, kogoś, kto w danym plemieniu czy tzw. społeczności pierwotnej nie przestrzegał zasad, ale nie można łatwo przenosić takiej instytucji ze wspólnot pierwotnych na wspólnotę zupełnie do niej niepodobną, tj. liberalną, demokratyczną, w której ludzie po prostu się od siebie różnią. Część konserwatystów, wliczam do nich Bartosza Jastrzębskiego, po prostu nienawidzi Inności. Dalsza część przywołanego cytatu mówi, iż bez Boga, na którego to miałby powoływać się Kat i imieniu którego działać, „[…] «każda grupa ludzi» pozostawałaby w stanie, w którym liczy się tylko przemoc fizyczna”[35]. Po pierwsze, nie wiem na podstawie jakich przesłanek twierdzi się, iż „każda grupa ludzi” zaczęłaby się mordować. Po drugie, nigdy nie widziałem mordujących w imię swoich przekonań relatywistów. Mordują raczej ci, którzy święcie wierzą, że odkryli obiektywną Prawdę i jeśli nie można wszystkich innych do niej przekonań, to należy ich pozabijać. Warto przeczytać esej Leszka Kołakowskiego pt. Szukanie barbarzyńcy. Złudzenia uniwersalizmu kulturowego[36], aby dostrzec, że zdolność do relatywizacji swojej własnej kultury jest osiągnięciem (wiem, że to załamie Bartosza Jastrzębskiego, ale być może największym) naszej kultury, należy do jej gramatyki od wieków. To właśnie zdolność do relatywizacji uczulała na bezrefleksyjne stosowanie przemocy wobec Innych, choć z drugiej strony spowodowała także pewne konsekwencje dla kultury europejskiej natury tożsamościowej (to kwestia na osobne omówienie).

Najnowsza książka Bartosza Jastrzębskiego pt. Ostatnie Królestwo. Szkice teologiczno-polityczne to książka katastroficzna, którą można wpisać w całą polską, niezwykle interesującą dla filozofa kultury, tradycję historiozoficznego katastrofizmu ze znawstwem opisywaną chociażby przez Leszka Gawora[37]. I dobrze, nigdy dość głosów krytycznych, nawet jeśli przesadzonych względem współczesnego stanu i rozwoju społecznego, tj. powstawania nowych form życia kulturowego. Warto pamiętać, że jednym z pierwszych katastrofistów w filozofii był nie kto inny, jak chętnie przywoływany przez Bartosza Jastrzębskiego, Platon, który – dzisiaj byśmy powiedzieli – obawiał się innowacji kulturowej, jaką było pismo. Kulturowy świat się nie zawalił, mądrość się nie skończyła (ewentualnie skończyła się pewna forma jej zdobywania), a dzięki pismu Platon dotarł do naszych czasów (taki los nie spotkał np. niedocenionych po dziś dzień sofistów).

Słowem: katastrofizm, jako rozwijający wyobraźnię społeczną, pozwalający uniknąć bezkrytycznej wiary, że zmierzamy ku lepszemu, tak. Ale nie przesadzony.



[1] B. Jastrzębski, Ostatnie Królestwo. Szkice teologiczno-polityczne, Wydawnictwo Sic!, Warszawa, 2016.

[2] Tamże, s. 57.

[3] M. Rydlewski, Opozycja jako kategoria kulturowa w perspektywie poznańskiej szkoły kulturoznawczej (opozycja jako wynalazek kulturowy oraz element gramatyki europejskiej), [w:] Opozycje jako kategoria kulturowa, red. M. Badach, K. Smyk, Lublin, 2016, s. 22-32.

[4] B. Jastrzębski, op. cit., s. 9.

[5] M. Rydlewski, Czarnoksięstwa humanistów Jerzego Kmity jako część projektu „humanistyki naukowej”, „Sensus Historiae”, nr 1/2016, s. 139-155.

[6] Widać to dobitnie na przykładzie uwag pod adresem artykułu naszego Kolegi, Dominika Lewińskiego. Bartosz Jastrzębski, komentując tezę artykułu Dominika Lewińskiego, mówiącą, iż „[n]acjonalizm wyewoluował jako produkt abstrahowania w ramach klasy konstruktów integrujących”, z przekąsem zauważa: „Sam się wymyślił, sam się wyabstrahował, a następnie sam się zakomunikował, bo Komunikacja chciała się wewnętrznie ze sobą skomunikować i usystemowić” (B. Jastrzębski, op. cit., s. 47).

[7] B. Jastrzębski, op. cit., s. 9.

[8] Ibidem, s. 14.

[9] Ibidem, s. 14.

[10] Zwodnicze imaginarium. Antropologia neoliberalizmu, red. W. J. Burszta, M. Rauszer, P. Jezierski, Gdańsk, 2016.

[11] A. Szahaj, Jednostka czy wspólnota? Spór liberałów z komunitarystami a „sprawa polska”, Warszawa, 2000; A. Szahaj, Kapitalizm drobnego druku, Warszawa 2014; A. Szahaj, Inny kapitalizm jest możliwy, Warszawa, 2015.

[12] B. Jastrzębski, op. cit., s. 137-153.

[13] M. Rydlewski, Nie jestem troglodytą,„Przegląd Kulturoznawczy”, nr 23/2015, s. 79-89.

[14] B. Jastrzębski, op. cit., s. 151.

[15] Ibidem, s. 148.

[16] Identycznie twierdzi wspomniany Piotr Nowak – mój konserwatywny antybohater, z którym niektóre przekonania łączą Bartosza Jastrzębskiego.

[17] B. Jastrzębski, op. cit., s. 142.

[18] Ibidem, s. 10-11.

[19] Ibidem, s. 11.

[20] A. Szahaj, Jednostka czy wspólnota? Spór liberałów z komunitarystami a „sprawa polska”, Warszawa, 2000.

[21] B. Jastrzębski, op. cit., s. 29-30.

[22] Ibidem, s. 30.

[23] M. Rydlewski, Żeby widzieć, trzeba wiedzieć. Kulturowy wymiar percepcji wzrokowej, Bydgoszcz, 2016.

[24] B. Jastrzębski, op. cit., s. 19.

[25] Historia życia prywatnego. Od Europy feudalnej do renesansu, t. 2, red. G. Duby, Wrocław 2005.

[26] B Jastrzębski, op. cit., s. 19.

[27] Ibidem, s. 180.

[28] Ibidem, s. 10.

[29] Ibidem, s. 10.

[30] Ibidem, s. 10.

[31] Ibidem, s. 10.

[32] A. Szahaj, Pochwała sceptycyzmu, „Rzeczpospolita”, 14-15 stycznia 2016, s. 14-15.

[33] B. Jastrzębski, op. cit., s. 166.

[34] Ibidem, s. 166-167.

[35] Ibidem, s. 167.

[36] L. Kołakowski, Szukanie barbarzyńcy. Złudzenia uniwersalizmu kulturowego, [w:] Czy diabeł może być zbawiony i 27 innych kazań, Kraków 2012, s. 13-34.

[37] L. Gawor, Katastrofizm w polskiej myśli społecznej i filozofii: 1918-1939, Lublin 1999, Leszek Gawor, Katastrofizm konsekwentny : o poglądach Mariana Zdziechowskiego i Stanisława Ignacego Witkiewicza, Lublin 1998.